Masa Turystyczna – Gołąb – Muzeum Rowerów Nietypowych

Jak było?
Mokro. Po raz kolejny mogłem się jednak przekonać, że taka deszczowa pogoda nie spowoduje ani u mnie ani u dzieci przeziębienia. Dzieciom było zimno, rzeczywiście, ale ponieważ byliśmy stale w ruchu na deszczu i w temperaturze około 10 stopni nikt z nas się nie przeziębił. Gorąca herbata, kominek i ruch uchroniły nas przed chorobą. Masa Turystyczna od tego wyjazdu będzie próbowała zająć miejsce w kalendarzu wycieczek w sezonie wiosenno letnim. Trzecia sobota miesiąca – plac Zamkowy (na razie chyba jednak, w czasie remontu Krakowskiego Przedmieścia będzie to pomnik Kopernika

Link do całego filmu

Po krótkim przejeździe, około 13 km w jedną stronę – z Dęblina do Gołębia, znaleźliśmy się w Muzeum Rowerów Nietypowych. Miejsce bardzo pozytywnie zakręcone. Szczególnie osobą właściciela p. Józefa Majewskigo. Jeśli będziecie tamtędy przejeżdżać koniecznie odwiedźcie to miejsce. Emerytowany nauczyciel długo może mówić o rowerach, historii okolicznych miejscowości i o eksponatach swoich dwóch muzeów. Muzeum leży na trasie Warszawa Dęblin – Kazimierz nad Wisłą. Krótka zajawka z Bloggera stanowi przedsmak przygody, jaką możecie obejrzeć w całym, długim filmie z tego wyjazdu, a cały ten film nie odda oczywiście przeżyć, jakich doznaliśmy na miejscu. Zachęcany wielokrotnie do przyjazdu na Masę Krytyczną do Warszawy pan Józef ostatecznie obiecał przemyśleć możliwość zaprezentowania niektórych rowerów ze swojej kolekcji podczas Masy.

Cały film – 1 godzina 14 minut – 29,97 kl/s – 768 Kbps – stream plik flv – około 450 MB
Nieskłam z Masy Turystycznej 19 kwietnia 2008 roku
Jeśli ktoś nie ma playera do plików flv – oto link do pobrania

Nie poznał mnie własny pies

Wracam do domu. Juken jak zwykle mnie NIE wita. To taki dziwny pies, który nie wita domowników. Myślałem, że to cecha psa w ogóle, że rzuca się na domowników, którzy wracają do domu. Juken nie. Jak biega to się szybko męczy. No ale nie miałem teraz wylewać wszystkich zaległych żalów. To powiedzmy taka cecha osobnicza, ale żeby nie poznać własnego pana? Nie wychodzę z nim na spacery, to prawda, Juken właściwie nie jest mój tylko moich dzieci. No więc dobrze, nie powinienem pisać “mój pies”, ale żeby nie poznawać domownika? Żeby na niego szczekać? Słyszałem, że zdarza się to jak ktoś wróci pijany, ale ja po pracy wróciłem zupełnie trzeźwy.

Nos Jukena

Podobno psy potrafią wyczuć jakąś chorobę albo zbliżający się atak padaczki. Spojrzałem więc na Jukena i potem zacząłem się zastanawiać, czy zaraz coś się ze mną nie stanie. Usiadłem, żeby się nie przewrócić. No i nic. Spojrzałem w lustro. No tak. To zupełnie inny człowiek niż ten, którego pamiętam ze zdjęć. Może akurat dziś pojawiła się jakaś zmarszczka, która zmieniła mój wyraz twarzy, a pies natychmiast nie poznał nowego oblicza domownika? Na wszelki wypadek zamieszczam obraz mojej przerażonej tęczówki. Może ktoś, kto się zna będzie w stanie zobaczyć jakąś chorobę, przed którą będę mógł się ustrzec?

Moje oko w wieku 44 lat

Próżne nadzieje. Niestety czytelników prawie nie ma, więc nie dowiem się teraz. Może jeśli w krótkim czasie umrę, to potem ktoś spojrzy w tę moją tęczówkę i stwierdzi: “no tak, przecież to jasne…”. A właściwie skąd miałby się taki czytelnik dowiedzieć, że ja już nie żyję? Właściwie to problem dotyczy całego świata internetu. Nie ma jak się dowiedzieć o tym, że ktoś, kto tworzył stronę, bloga już nie żyje. Ostatni wpis będzie istniał dopóki administrator nie postanowi go usunąć, bo nie zapłacone, albo nie umieszczany nowy post przez 5 lat. A jak się komuś odechce? Po prostu zajmie się czymś innym. Stwierdził, że nie ma sensu takie pisanie. Może czytelnicy go pochowają wirtualnie.

No proszę ile to myśli wywołuje niezwykłe zachowanie domownika. Tego, który pierwszy cię powita. Zresztą Juken też nie wygląda zbyt normalnie.

Juken pos strzyżeniu

Wizyta Jacka

Udało mi się namówić Jacka Kuleszę do przyjazdu do Warszawy na koncert Jubileuszowy. Piotr Kaczkowski obchodził jubileusz 45 lat pracy przy mikrofonie. Zaprosiliśmy go do naszego domu. Wywiad z Jackiem dostępny jest stale w podkaście Pozytywne Zacisze nr 7 To audycja z lipca 2006 roku. Każde spotkanie z Jackiem to wyjątkowa przyjemność. Twórca jakich mało. Na szczęście zabiera ze sobą gitarę i nie daje się długo namawiać na śpiewanie. Tutaj zamieszczam tylko moje skromnej jakości nagrania z minidiska. Więcej możecie posłuchać na stronie Jacka na myspace
Relacja

Święto otwartego okna

Dziś pierwszy dzień, kiedy z wielką przyjemnością przejechałem przez Warszawę z otwartymi oknami. Słoneczko świeci, wiaterek, trochę jeszcze zimnawy zawiewa, a prawo moralne we mnie. To wspaniały dzień, kiedy wiadomo, że zapowiada najpiękniejszą porę roku. Wiosna w powietrzu, wiosna w duszy. Cały dzień słoneczko. Czy może być coś przyjemniejszego? Pewnie jest kilka rzeczy, ale dla mnie dziś to jedno z najprzyjemniejszych wydarzeń. Jakie inne?

He, he to byłoby nudne tak się chwalić.

Może sprawił to wczorajszy koncert Cassandry Wilson? Ale ja nie byłem na nim dlatego, że lubię, dlatego, że kupiłem bilet. To dziwna sytuacja. Dostaliśmy z Dorotą bilety od przyjaciół, którzy nie mogli pójść. Jazz. Taki nowoczesny, albo jeszcze bardziej nowoczesny niż ten jaki kiedyś znałem jako nowoczesny. Kiedyś kręciłem się w roku może 1984 wokól Sali Kongresowej, w której występował Miles Davies. Nie dostałem się, a teraz bilet za 250 zł wpadł mi w ręce ot tak, właściwie przypadkiem. Monika i Krzysiek nie mogli przyjechać. Nie pozostało nic innego jak pójść na koncert i opowiedzieć im przynajmniej jak było. Już częściowo opowiedziałem przez google talk, ale może uda się jeszcze raz powrócić na ten koncert. Wydarzenie, mimo, że nie należało do moich najbardziej pożądanych duże. Przede wszystkim klasa. Tej klasy wykonawców, twórców zawsze przyjemnie się ogląda. To ta klasa, w której koncert zawsze, lub prawie zawsze jest lepszy od zarejestrowanego na płycie nagrania. Właściwie tego rodzaju muzyka znakomicie nadaje się do jakiegoś cichego i spokojnego, małego pomieszczenia. Może restauracji, klubu. Jednocześnie wiadomo, że tam nie można byłoby odpowiednio się wsłuchać, usłyszeć artystów. W końcu jednak Jazz wywodzi się z takich sal, zadymionych tajemniczych klubów.


fot. CC*

Koncert zaczął się z lekkim poślizgiem. Słyszałem, że opóźnienie Cassandry czasem było znacznie większe, przekraczało godzinę… ale tym razem chyba nie przekroczyło kwadransa. Gdy odbierałem z dworca Warszawa Centralna o godzinie 19:56 mimo wszystko spieszyłem się do Sali Kongresowej. Na wypełnioną w 90% salę weszliśmy kilka minut po 20. Już drugi raz rozglądałem się niepewnie po przestronnej sali zastanawiając się na czym polega magia koncertu. 3000 osób przyszło, żeby spędzić niewiele ponad dwie godziny przy muzyce. Nie przy stoliku, bez możliwości wyjścia na papierosa, zresztą nikt nie chciał. Można pomyśleć – bogaci ludzie tak spędzają czas. Kilka znajomych twarzy, kilku znajomych, wielu obcokrajowców, tłumy fotoreporterów przy scenie. Zgasły światła.

Na scenie pojawił się pan Dionizy Piątkowski zapowiadając realizację swojego wieloletniego marzenia. Zapowiedział nagranie płyty koncertu i poprosił fotoreporterów o opuszczenie sali po trzecim utworze. Cassandra miała się pokazać w trzecim utworze. Drugi miał być bardzo krótki… Trwał jak poprzednie ponad 15 minut. Nie łatwo w naszych czasach usłyszeć tak nieradiowe czasy utworów, do tego instrumentalnych. Panowie trochę poważnie improwizowali. Odwykłem od jazzu nowoczesnego. Nie rozumiem już tych improwizacji. Saksofon rewelacja. Perfekcyjnie opanowany przez Davida Murray’a. Perfekcyjnie, na prawdę i widać, a właściwie słychać, że to jest jego część ciała. Równie perfekcyjnie Andrew Cyrille na perkusji, Jaribu Sahid (Kontrabas) i Lafayette Gilchrist (fortepian).

David Murray – fot. CC*

Improwizacje poważne, rozbudowane zakończone owacjami. Wszystko normalnie jak na koncercie. Już od początku jednak czegoś mi brakowało. To trudno określić. Publiczność też bez entuzjazmu, ale poprawna. Właśnie tak było.


Jaribu Shahid - fot. CC*

Muzycy poprawni, perfekcyjni, publiczność poprawna, perfekcyjna. Sala kongresowa nie zawaliła się, chociaż były wątpliwości. Kilka dni wcześniej odwołano prawie koncert z powodu wątpliwości. Trzy utwory – 45 minut i pojawiła się Cassandra.


Cassandra Wilson – fot. CC*

Natychmiast wszytsko wróciło na miejsce. Muzycy zrobili się bardziej uważni a śpiew i słowa “My name is Cassandra” śpiewane w pierwszej piosence uspokoiły ambicje muzyków i rozgrzały publiczność. Na zakończenie pierwszej piosenki słychać było przed ulewą oklasków szept kilkudziesięciu migawek aparatów cyfrowych. To zupełnie nowy dźwięk. Każda migawka ma już teraz inny dźwięk. Zakaz używania lamp błyskowych ściśle przestrzegany. Brzmienie dziesiątek owadów podnoszących się do lotu. Oklaski, “dziękuja”. Za chwilę jednak po kolejnym utworze publiczność wpadła ponownie w stan połowicznego zachwytu. Nie porwali publiczności grą zespołową. Improwizacje ciekawsze od treści utworu, które jeden podobny do drugiego nie pozostawiły wspomnienia już dziś. Może poza jednym, na zakończenie. Wzbudził wspomnienie “Opery za trzy grosze” i głównego motywu, a tym samym utworu w wykonaniu Stinga.

Strasznie ponarzekałem, ale to nie tak. Wspaniale było uczestniczyć w koncercie ciesząc się uroczystą atmosferą, muzyką wielkiej klasy. To moje narzekanie nic nie warte, zapomnijcie o nim. Ja nie przepadam za koncertami, brakuje mi tego trzeciego ucha, wolę słuchać płyt, nagrań studyjnych, muzyki w restauracji, na ulicy, a jeśli już koncertu to w samochodzie z płyty. Szkoda dla mnie biletu, przekonuję się o tym już kolejny raz. Niezwykle trudno trafić na koncert, który porywa. Może to kwestia wieku? W kongresowej pamiętam mały koncert, z salą wypełnioną zaledwie do połowy. Dwóch saksofonistów bawiących się znakomicie na scenie. Taka radość udzieliła się nam wtedy też. W studiu im. Agnieszki Osieckiej też był taki koncert. Pełny. Nie tylko wrażeń ale i radości. Radości tworzenia, grania, śpiewania. Coś iskrzyło, coś “grało”

A na koniec tego przepięknego dnia dostało mi się jeszcze takie wesołe wezwanie: Kampania na rzecz uśmiechu, poczytajcie w załączniku :D

 

 

*fot. CC – Fotografia posiada licencję Creative Commons, strona autora w linku
Zdjęcia z tego koncertu można obejrzeć na CGM 

 

Dlaczego by nie obalić paru mitów?

To zawsze duże zaskoczenie. Coś w co się wierzyło od zawsze nagle staje się nieprawdą. Jak po takim rozczarowaniu wierzyć w naukowe badania?

Nikotyna nie jest środkiem szkodliwym!
Nikotyna nie jest środkiem rakotwórczym!
Nikotyna nie jest środkiem uzależniającym!

Wierzycie? Nie? To normalne zjawisko. Każdy normalny człowiek jak coś takiego usłyszy popuka się w głowę bo przecież wszyscy wiedzą… W którymś momencie jednak ta błędna wiedza zaczyna się odkręcać. Tak bez huku, bez nagłaśniania. Można powiedzieć, że w ukryciu.

Niestety nie powiem, że można palić :( Sam bym sobie zapalił, ale nie – za wszystkie szkodliwe skutki odpowiadają inne środki wdychane z dymem papierosowym. Tylko teraz trudniej w to wierzyć. Do tej pory głównym oskarżonym była nikotyna. Teraz została ułaskawiona. Coś jednak zabija w paleniu. Największym wrogiem wydawała się własnie nikotyna. Ona uzależniała, była rakotwórcza. A teraz okazuje się, że gdy chciano uznać ją za środek uzależniający, żeby wpisać na listę narkotyków i w ten sposób zakazać rozpowszechniania papierosów to nie wyszło. Dwoili się i troili, żeby uzyskać taki wyrok – uzależnia. Nie udało się. Ludzki mózg posiada receptory nikotyny. Skąd wiedział o istnieniu takiego środka? Tak samo jak posiada receptory najsilniejszego narkotyku – morfiny. Skąd się tam wzięły?

To takie rewelacje przy okazji mojego kursu pilotażu. Bardzo ciekawe zajęcia, polecam szczególnie filmik reklamowy:

Przy okazji tego kursu, bo badano trzy grupy pilotów:
1. Grupa po spożyciu 50 gram wódki
2. Grupa pod wpływem nikotyny
3. Grupa pod wpływem placebo

Pierwsza grupa miała znacząco gorsze wyniki od pozostałych. Grupa pod wpływem nikotyny charakteryzowała się znacznie trafniejszymi i szybszym podejmowaniem decyzji niż grupa z placebo.

Zastanawiające…

Powrót na Bloggera a może WordPress?

Czasem powroty się zdarzają. Jeszcze ten powrót nie jest pewny, ale czemu nie zapisać takiej możliwości. Blogger bardzo się rozwinął od czasu przejęcia przez Google. Coraz więcej fajnych funkcji. Możliwość zainstalowania swoich templatów, tylko nie zawsze działających…

Gdyby ktoś szukał starszych wpisów może znaleźć je na www.pozytywenzacisze.pl, albo w RSS

Mój odtwarzacz nr 68 

Kilka dni na mieście z aparatem

Aleksander

Nie wiem czy narzekać, chyba nie, ale pierwszy raz od kilku ładnych lat wybrałem sie 26 lutego z aparatem fotografować budynki warszawskie. Oczywiście nie tak zupełnie bezinteresownie. Szykujemy scenografię dla spektaklu w Teatrze Rampa. Spodobało mi się, szczególnie funkcja RAW w moim niezbadanym do końca, znakomitym aparacie

Rolex

Scenografia do musicalu na podstawie powieści “Ten Obcy”. Niektóre kamienice odzyskują po latach swój blask. Niestety dziś nie udało mi się zdążyć na słońce a zdjęcia mają byc wykonane w pełnym słońcu. Niewątpliwie nabiorą wtedy uroku.

01sun

Jeszcze jeden rzut oka w Aleje Ujazdowskie. Warto spojrzeć trochę innym okiem na otaczających nas świat. Od razu przynajmniej potem jeździ się po starej stolicy.

Politechnika Warszawska

Politechnika Warszawska niedawno odnowiona, a dziś już trochę nadgryziona zębem czasu pięknie mimo wszystko prezentuje się w lutowym słońcu.

05

Plac Politechniki zmienił nieco charakter. Pamiętam go jako zatłoczony parking samochodowy. Teraz przyjemnie popatrzeć

Plakat Obcy


A to już plakat z moim zdjęciem do musicalu “Obcy” na podstawie powieści “Ten Obcy”. Zdjęcie takie sobie, każdy potrafi.

Odśnieżanie i choroba

Tak dużo ostatnio wydarzeń dzieje się wokół, że trudno usiąść i spisać choćby kilka narzucających się myśli. Żeby zebrać na taką ewentualność skupienia myśli potrzeba chwili oddechu, wytchnienia. W końcu takie zapiski zawsze mogą poczekać. Nie spieszy im się tak jak zadaniom do wykonania, które muszą być zrobione bo jak nie to… Takie małe codzienne groźby, któż by ich nie znał. Jak nie pójdziesz do pracy to … I ten szyderczy uśmiech: “możesz nie iść, przecież nic się nie stanie, tylko…” i tu następuje lista rzeczy, które wydarzyłyby się przy niespełnieniu żądań. Takich w sumie drobnych rzeczy, ale w sumie stanowiących dość poważną lawinę spustoszenia. Zawsze można powiedzieć w końcu: “a co tam”. Na razie wolę jednak na czas odśnieżać i konstruować takie dachy, które nie zawalą się pod naporem śniegu na nim zalegającego.

Dopadło mnie ostatnio jakieś choróbsko. Niegroźne, takie normalne powiedziałbym nawet. Takie przeziębienie gardła. Sam je sobie zafundowałem. Zawsze jak zrobię kilka kroków na bok od diety, która służy mi już od wielu lat osłabienie organizmu natychmiast wykorzystuje powstałą lukę, żeby wcisnąć swoje bakterie. Tym razem jednak szybko się chyba z nim uporałem. W taki sposób o jakim zawsze myślałem, a którego nie udawało mi się przeprowadzić skutecznie. Pomysł jest dość oczywisty w swojej prostocie. Skoro atakują cie wirusy, albo bakterie należy własnemu organizmowi pomóc w obronie. Głodówka jest już w takich wypadkach sprawdzona. Nie trać czasu na trawienie, nie dostarczaj wrogowi cukru, który przechwyci szybciej niż twoje oddziały i wykorzysta przeciw tobie. Jedyna skuteczną drogą jest zablokowanie absolutne dostaw z zewnątrz, które wykorzystują obie strony. Bez tego, twoja armia poradzi sobie z wrogiem szybciej, bo zapasy zostały już dawno zgromadzone na takie okazje. Zapasy, których nie można się pozbyć. Mimo wielu starań. Zapasy, o które zawsze się kłócę. No bo po co mi dodatkowe 15 kg? Nawet czasem uzyskuję odpowiedź. Bo na przykład. Żeby kręcić kierownicą w moim samochodzie potrzeba trochę więcej siły w mięśniach potrzebnych do jej poruszania. Dodatkowo przemieszczanie się pojazdem powoduje stres i możliwość wypadku, na który ciało musi być przygotowane. Przygotowane na brak pożywienia przez jakiś czas. Wtedy takie zapasy ratują życie. Ty sobie leżysz w śpiączce a zapasy zużywają się i ratują życie. Zanim przyjedzie ekipa ratunkowa, zanim podłączą cię do aparatury zaczną cię ratować twoi wewnętrzni sprzymierzeńcy. To po to te zapasy. Samochód ze wspomaganiem kierownicy to dobry pomysł, ale to nie wszystko. Poczucie bezpieczeństwa uzyskuje się nie tak łatwo. Wokalista Bugdie nadal wygląda jak nastolatek. Wielu wokalistów tak wygląda. To chyba ci, którzy nie prowadzą samochodów. Gdyby szukać dalej to właściwie wszystkie zawody, które nie wymagają kierowania pojazdem, nie są stresujące utrzymują w normalnych rozmiarach swoich ludzi. Dodatkowo, co bogatsi też jakoś nie są specjalnie zapobiegliwi w tym temacie i nie otaczają się dodatkową, nadmierną tkanką tłuszczową. Ja na razie pracuję, negocjuję. To w końcu przecież jakieś pojęcie o poziomie bezpieczeństwa decyduje o powłoce tłuszczowej wyprodukowanej “na wszelki wypadek”. Wracając do pomagania własnemu organizmowi w walce z chorobą znam jeszcze jeden skuteczny sposób. Przy spełnieniu oczywiście warunku wstrzymania się od zrzutów. Alkohol. Nie, nie namawiam nikogo do picia. Oczywiście niesłodki alkohol. I z umiarem. No właściwie to chyba niepotrzebnie zdradzam takie tajniki mojego leczenia. Jeszcze ktoś mnie sklasyfikuje nieodpowiednio? na pocieszenie mogę dodać, i na własną obronę, że witamina C jak najbardziej. Jest wskazana i bardzo pomaga. Zjadłem już 3 greipfuity odpowiednio wykrzywiając usta, pozostały mi dwie cytryny. Może już nie trzeba będzie? Bo już dobrze się czuję. Właściwie. Tylko muszę trochę dojść do siebie. A to wyklucza przedstawienia teatralne, kino i takie inne miejsca, gdzie można się nałykać zarazków współobywateli. A we wtorek wybieramy się z Bartkiem na koncert Nightwish do Krakowa. Jarek już trochę bliżej, bo w Brazylii, ale to jednak wciąż niemiłosiernie daleko do jego powrotu. Taki się zrobił jakiś mądrzejszy?

Szukam od dłuższego czasu jakiegoś sposobu na wykorzystanie właściwości ogwiazdkowywania wiadomości Google Readera. Aż się prosi, żeby zrobić podkast z takich wiadomości. Może raz w tygodniu? Tylko niech to zrobi ktoś inny. Mi już na prawdę czasu brakuje. Trzeba najpierw utworzyć sobie konto w Google Readerze, potem dodać kanały do subskrypcji i gwiazdkować te wiadomości, które potem będzie się cytować. Google wymyśliło na razie takie panelik do wyświetlania tych wiadomości, ale nie działa chyba najlepiej. Zobaczcie sami po lewej stronie na www.pozytwynezacisze.pl. Wyświetla się tylko jedna a powinno 5, mała czcioneczka i już nie mam siły na dziś, żeby z tym walczyć. Za to jeszcze jedna dobra wiadomość. Znalazłem dobrą stację w schoutcast w wimanmpie: 181.fm Classic Rock. Do wyboru kilkanaście stacji oczywiście. I kto to ma wybierać? Słuchałem chwilę dziś listy przebojów Marka Niedźwieckiego. Bardziej obejrzałem stronę, bo chyba radio nie najlepiej mi odbiera tę stację. Zdziwiło mnie, bo nigdzie nie ma chatu dla tej audycji. Jakieś tylko forum. Za to sama lista i strona znakomicie opracowane. Na liście Jozin z Bazin – hit w Polsce ostatnio, piosenka raczej nie możliwa do zaistnienia w radiu… A Pan Marek ma to czego chciał. Może to będzie taka lista, która będzie do słuchania? Może ktoś chce poczytać jego bloga ? Beethoven był głuchnącym na starość komponującym genialne nadal dzieła? Ale o tym, może innym razem.

Odwróć się i spójrz przed siebie.

Najlepiej jak najszybciej. Tak, żeby nikt nie zdążył się zorientować. To co zobaczysz może zadecydować o twoim życiu. Bo niby dlaczego nie? Może ktoś za twoimi plecami robi coś, czego się nie spodziewasz? Nawet jeśli spodziewasz się niespodziewanego? Sytuacja przyłapania jest niezręczna dla przyłapanego i przyłapującego. To tak jakby zobaczyć, że prawo fizyczne nie istnieje. Na przykład wypuszczone z ręki jabłko nie spada na ziemię. Przez chwilę dziwisz się bardzo. Zatyka, odejmuje mowę, myślisz, że to złudzenie, fatamorgana. No i jeśli za chwilę to jabłko spadnie, to szybko można zapomnieć o całym zdarzeniu. Można sobie wytłumaczyć, że to jakieś zakłócenie czasoprzestrzeni.

Pytasz: Dlaczego to jabłko nie spadło? Ktoś odpowiada. Tak albo inaczej. Uwierzysz? Odpowiedź jest przecież jedna. Można tylko przymknąć oko. Udać, że to bez znaczenia. Jabłko wisiało w powietrzu. To w takim razie wszystko jest inaczej niż myślałeś. Niż się umawialiście. Można się bać wyjść na ulicę, postawić krok przed sobą. Może to będzie krok w przepaść? Oto do czego prowadzi logiczne myślenie. Można zwariować. A należy to jabłko zjeść. Jeśli nie spada to nie znaczy, że świat zwariował. Wykorzystaj to nowe ale chwilowe zjawisko, skorzystaj na nim i nie licz na to, że już teraz zawsze jabłka nie będą spadać. Newton nie przyjmuje reklamacji.
Jeśli musisz zatem się gwałtownie odwrócić to daj rzeczywistości kilka chwil na reakcję. Przyłapanie jej na gorącym uczynku może nie być przyjemne.

Święta Bożego Narodzenia 2007

Chrystus się narodził, zbawił świat, a nam zostawił swoje wskazówki, mądrość ponadludzką jak żyć, jak kochać, jak być. Nie ma w historii ludzkości donioślejszego zdarzenia. Cieszmy się obchodząc urodziny największego z wielkich, nie jesteśmy sami we wszechświecie!

Cieszcie się z nami! Niech te święta będą radością dla każdego człowieka, dla każdej rodziny, niech nikt nie będzie sam.

Nasza szopka 2007